Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga

Rozdział skomentowało już {ile_komentarzy} czarodziei
XVIII. Mowa jest srebrem
- Propozycja, czy może sugestia ? – spytał sucho Snape.
- I to i to.
- Wiesz, Draco, co o tym sądzę ? – skrzywił się.
„- Draco ?” – zdziwiła się Cobra.
- Więc ?
- Oczekujesz jasnej odpowiedzi ?
- Tak.
- Brzmi ona: NIE.
Blondyn spojrzał nauczycielowi prosto w oczy.
- Więc my nie idziemy.
Vivian rzuciła swojemu rówieśnikowi kolejne zaskoczone spojrzenie.
- Malfoy, dobrze wiem, że chętnie pozbawiłbyś Pottera życia, ale tu chodzi o całkowicie przeciwną sprawę.
- Mianowicie ?
Obaj popatrzyli na szatynkę.
- Na czym polega ta „przeciwna sprawa”?
- Pójdziecie do Zakazanego Lasu na zwiady. Draco, twoim zadaniem jest odnaleźć ojca. Bez narażenia życia.
- Mojego ? – uwolnił swój sceptycyzm.
- Nie… - mojego – odparł z naciskiem. – Myślisz, że to będzie jakiś kłopot ? – zakpił.
- Czyli mam znaleźć Lucjusza… - stwierdził blondyn.
- Nie tylko. Wszystkich. Tym razem musisz się zatroszczyć o kilkaset innych tyłków.
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
- Ale co to ma wspólnego z innymi ? Czy nie mieliśmy szukać Blaise’a ?
- A o czym ja mówię, panie Malfoy ?!
- O moim ojcu ? – odpowiedział pytaniem.
- Lucjusz na pewno wie gdzie znajduje się pan Zabini.
- Skąd ta pewność ?
- Niebawem się dowiesz. Wyruszacie o dwudziestej trzeciej, oczywiście stosując wszelkie środki bezpieczeństwa.
- Na przykład ?
- Zaklęcie Kameleona, zaklęcie wyciszające, weźcie miotły. Reszta zależy od okoliczności. Nie ujawniacie się. Oklumencję macie opanowaną, więc z niej również korzystajcie…
Draco spojrzał na koleżankę, lecz ta z udawaną uwagą słuchała poleceń profesora.
- … macie najwyżej trzy godziny. Dobrze będzie jeśli wyrobicie się przed pierwszą.
- Może nawet szybciej – mruknął chłopak.
- Słucham ? Ma mi pan coś do powiedzenia ?
- Nie. A właściwie… to tak. Możliwe, że wrócimy znacznie wcześniej i niekoniecznie żywi.
Vivian nie udało się zapanować nad dreszczami przebiegającymi po jej plecach.
- Nie obiecuj – skwitował tą uwagę Snape. – A teraz wracajcie do swoich pokoi. Kolacja już tam na was czeka. Zawołajcie tych z korytarza.
- Do widzenia – pożegnała się dziewczyna.
- Do ujrzenia naszych martwych ciał – mruknął blondyn.
- Możecie wejść – zwróciła się do pozostałych uczniów.
Razem z Malfoy’em ruszyła kamiennym korytarzem w stronę Pokoju Wspólnego Ślizgonów.
- Nie udawaj, że nie wiesz co się dzieje – warknął Draco.
- Malfoy, nie wiem o czym mówisz.
- Wiesz gdzie jest Zabini.
- A niby skąd ?! – przystanęła.
Chłopak również się zatrzymał.
- Nie mam zielonego pojęcia, gdzie się podziewa Blaise ! Nie widziałam go od nocy, którą przespaliśmy w moim dormitorium !
- Co za pech !
Szatynka bez słowa ruszyła szybkim krokiem. Draco był zdziwiony tempem jakie uzyskała po trzech sekundach. Również przyśpieszył, ale nie próbował jej dogonić. Wszedł zaraz za nią do labiryntu korytarzy, a następnie odprowadził wzrokiem smukłą sylwetkę zmierzającą do komnaty dziewcząt.
___________________________________
Gryfonka wróciła do swojej Wieży. W Pokoju Wspólnym już czekali na nią przyjaciele, wyposażeni oczywiście w stertę pytań.
- Czego chciał Snape ? – napadła Ginny.
- To dziwne, ale zapytał kiedy widziałam Blaise’a Zabiniego.
- I ?
- Jak to ? – wtrącił Ron.
- Powiedziałam, że wczoraj po kolacji.
- A tak było ?
- Tak.
- A po co cię o to pytał ? – głos zabrał Harry.
- Nie wiem. Chodziło mu o ostatni raz… Nie chcę dramatyzować, ale zdaje się, że widziałam go jako ostatnia. Jeśli można, Harry, to chciałabym rzucić okiem na Mapę Huncwotów.
- Nie ma sprawy.
Cała czwórka udała się na górę do dormitorium chłopców, gdzie Potter zwykł zostawiać swoje rzeczy.
Harry rzadko kiedy nosił przy sobie mapę i pelerynę. Uważał, że najbezpieczniejsze będą w pokoju na baldachimie jego łóżka.
- Accio Mapa !
- Harry, nie uważasz, że to kiepska skrytka ? – napomniała Hermiona.
- Nie, czemu ?
- Ktoś bez trudu może tu wejść i ją znaleźć.
- A kto będzie szukał mapy na baldachimie ?
- Voldemort ?
- Miona daj spokój, Voldzio nie żyje – zaśmiał się Ron.
- Nie bądź tego taki pewien, przyjacielu – rzekł z powagą brunet.
Rudzielec przestał się uśmiechać i jąkając się wykrztusił:
- C-co ?!
- Mamy podejrzenia by przypuszczać, że nie pokonaliśmy ostatecznie Voldemorta. Może któryś z pozostawionych przez niego Horkcrux’ów przetrwał. Nie wiadomo.
- Zobaczmy czy Zabini jest na terenie Hogwartu – przerwała te wywody Ginny.
Potter stuknął różdżką w stary pergamin i rozwinął go na pierwszym załamaniu.
- Pusto…
Kolejna kartka – kolejne piętro.
- Nie ma szybszego sposobu ? – stęknął Weasley.
- Nie wiem, spróbuję – ponownie stuknął końcem różdżki w pożółkły pergamin. – Pokaż mi gdzie jest Blaise Zabini.
Nagle kontury na papierze zniknęły i ich oczom ukazały się litery.
Rogacz, Łapa, Lunatyk i Glizdogon pragną powiadomić pana Pottera i jego przyjaciół, że nie znaleźli żadnego parszywego Ślizgona na terenie Szkoły i Zakazanego Lasu.
Przez chwilę oczy Harry’ego zaszkliły się i zaszły mgłą. Szybko zamrugał odganiając od siebie wszelkie wspomnienia.
- Harry ? – Granger położyła dłoń na ramieniu przyjaciela. – Dobrze się czujesz ?
- Tak, nic mi nie jest.
- Skoro Zabiniego tutaj nie ma, to może… - zwróciła się do reszty. - Harry, a sprawdź Parkinson…
- Dobrze… Też nic.
- W takim razie porwali i jego…
- A może po prostu jest w Hogsmeade ? Pamiętasz, Ron ? Poszliśmy wtedy na rozkaz Dumbledore’a i spotkaliśmy go w Trzech Miotłach.
- Racja.
- Niewykluczone, że zrobił sobie dzień wolny.
- Przekonamy się jutro. Ginny idziesz ?
- Tak. Jestem wykończona i chyba tylko ciepła kąpiel i łóżko mnie wyleczą.
- Kąpiel i łóżko, powiadasz ? – Harry uśmiechnął się.
- Hola ! To moja siostra !
- I co z tego ? – zapytali jednocześnie.
- Przywileje – odparł.
___________________________________
Tradycyjna we wszystkich swych symbolach,
starożytnych niczym senne metafory;
dziwna, nigdy przedtem nie słyszana muzyka:
trwająca nieprzerwanie,
dopóki nie zgasną pochodnie u drzwi sypialni.
____________________________
“Speaking of poetry” John Peale Bishop
Fortyfoot House
Wypili większość wina i rozsiedli się wygodnie na sofie, słuchając “Stolen Moments” Johna Hiatta. Słowa piosenki poruszyły Blaise’a i w jakimś sensie współczuł siedmiu małym Indianom, mieszkającym w kamienicy przy Central Avenue, gdzie wbrew krzepiącym opowieściom taty o czekającym ich lepszym losie „za każdym węgłem czaiła się śmierć”.
Koło jedenastej, czując lekki ból głowy i kwaśny smak soave w ustach, podniósł się z sofy.
- Idę do łóżka – oznajmił. – Wybierasz się ze mną ?
- Chcesz, żebym spała dziś w twoim pokoju ?
- Tak – odparł z uśmiechem. Udało mu się nawet nie dodać: „jeśli naprawdę sobie tego życzysz”.
Zajrzał do kuchni, żeby mocniej dokręcić kapiące krany i zgasić światło. Na stole wciąż leżała odwrócona tyłem fotografia Fortyfoot House z 1888 roku. Podniósł ją i zgasiwszy lampę wsadził pod pachę. Miał zamiar powiesić ją na miejsce, idąc na górę, ale zamiast tego zapalił nagle z powrotem światło, wyciągnął zdjęcie i przyjrzał się mu z rosnącym przerażeniem. Była to bowiem mugolska fotografia.
Nad szczytem wzgórza pojawiła się głowa młodego pana Billingsa. Wyraźnie zbliżał się do domu. A obok niego, wciąż skryty w większości za wzniesieniem, wyłaniał się mały ciemny kształt z dwoma sterczącymi cieniami, które przypominały spiczaste czubki uszu.
Zacisnął mocno oczy, a potem otworzył je ponownie, żeby się upewnić, że nie cierpi na halucynacje i nie ma ataku delirium tremens. Ale fotografia się nie zmieniła. Grządka z różami, na której wciąż leżał porzucony przez młodego pana Billingsa cień, zegar słoneczny, opadający w dół trawnik. I wyraźnie widoczna twarz gospodarza domu, który wracał w czyimś towarzystwie ze spaceru po plaży.
- Idziesz, czy masz zamiar spędzić całą noc w kuchni ? – zawołała Mary. – Na podeście schodów wysiadło światło.
- Idę – odparł zamyślony. Zgasił światło w kuchni, wyszedł na korytarz i zawiesił z powrotem fotografię na gwoździu. Nie wiedział dlaczego, ale uważał, że tak będzie najbezpieczniej. Albo – dokładnie rzecz biorąc – że tego właśnie życzy sobie młody pan Billings. A on w żadnym wypadku nie chciał urazić młodego pana Billingsa, zwłaszcza czymś tak trywialnym jak pozostawienie na kuchennym stole jego odwróconego tyłem konterfektu.
„
Chryste wszechmogący – przeleciało mu przez głowę. -
Wszystko to mi się wymyka. Chyba naprawdę tracę rozum. Wieszam fotografię na ścianie, bo tego moim zdaniem, życzy sobie przedstawiony na niej człowiek ?”
Mary wychylała się w dół, opierając o balustradę swoje obfite piersi.
- No chodź wreszcie. Możemy się wykąpać rano.
Zgasił światło w holu i schody pogrążyły się w kompletnej ciemności.
I wypełzają z nich, i wypełzają karły o brodach jak mech. Zaczął wchodzić po omacku na górę, trzymając przez cały czas prawa rękę płasko przyciśniętą do ściany i trącając łydką podstawki stopni. Przed sobą słyszał Mary, która stukała dłonią w balustradę, macając drogę.
- Mam nadzieję, że dziś w nocy nie usłyszymy żadnych ryków i jęków – powiedziała. – W przeciwnym razie naprawdę się stąd wyprowadzam. I to tak daleko, że w życiu mnie nie znajdziesz.
Dotarłszy do połowy schodów zobaczył bladosrebrny błysk w lustrze, tak blady jak oprawione w ramy wspomnienie czyjejś śmierci. Zawahał się i o mało nie wywrócił – i w tej samej chwili wydawało mu się, że słyszy…
Skrzyp-skrzyp – gdzieś pod deskami podłogi – a potem odgłos czyichś przebiegających przez cały dom stóp.
- Słyszałaś ? – zapytał Mary.
Zatrzymała się na górze. Domyślał się, że zatrzymała się na podeście, bo zasłaniała lustro.
- Nie, nic nie słyszałam.
- To chyba tylko moja wyobraźnia.
- Jeżeli tak, to nie masz się czym przejmować.
Macając przed sobą rękoma ruszyli korytarzem. Znowu zapomniał kupić tę cholerną latarkę. Swoje różdżki zostawili na górze. W kuchennej szafce na dole było kilka świec, ale nie miał dość oleju w głowie, żeby zapalić i zabrać ze sobą jedną z nich. Zbyt niepokoiło go zbliżanie się młodego pana Billingsa, jego owłosionego towarzysza i brodatych karłów z dzieciństwa. Zastanawiał się, czy jego matka w ogóle wiedziała, jak bardzo przerażają go te wstrętne małe stworzenia, które buszowały w nocy między jego ubraniami. Żałował, że sobie o nich w ogóle przypomniał i że nie potrafi przestać i nich myśleć.
W końcu jednak udało im się wymacać drzwi jego pokoju i wejść do środka. Przez zasłony dobiegała smuga odbitego przez morze światła i był w stanie dostrzec łóżko i ciemny zarys szafy.
- Zajrzę tylko do pokoju na końcu korytarza. Może znajdę jakieś świece – powiedział.
Mary skrzyżowała już ramiona i ściągała przez głowę koszulkę, podnosząc piersi, które po sekundzie albo dwóch opadły z miękkim klaśnięciem w dół.
- Nie zasiedź się tam – oświadczyła. – I jeśli usłyszysz jeszcze jakieś hałasy, nie zwracaj na nie uwagi.
Przeciął korytarz i zajrzał do pogrążonego w kompletnej ciemności pokoju Mary. Czuł jej zapach. Zapalił światło i podszedł do szafki. Nie znalazł jednak żadnej świecy. Popatrzył na łóżko i podniósł różdżkę dziewczyny. Domyślał się, że rzuciła ją niedbale i zapomniała zabrać ze sobą.
Zamknął drzwi i ruszył z powrotem. Powinien zajść do łazienki i umyć zęby, ale nie miał ochoty tłuc się w ciemności. Poza tym Mary czekała już na niego naga w łóżku i jeśli ona nie przejmowała się myciem zębów, dlaczego, u licha, miał się tym przejmować on ? Z drugiej strony dokuczał mu kwaśny smak soave w ustach.
Rozebrał się i wsunął pod kołdrę. Mary przytuliła się blisko i poczuł, jak dotykają go jej sutki, uda i wilgotne włosy łonowe. Pocałowała go w czoło, a potem w oczy i w nos.
- W ogóle cię nie widzę – zachichotała. – Ciemno tutaj jak w grobie.
Odwzajemnił jej pocałunek i ich zęby zderzyły się ze sobą. Oboje byli skrajnie wyprowadzeni z równowagi tym, co działo się w Fortyfoot House; oboje zmęczeni i na skraju histerii. Hałasy i światła były przerażające niezależnie od tego, czy powodowały je duchy, szczury czy ukrywający się dzicy lokatorzy; a najgorsze, że nie mogli na nie nic poradzić, co najwyżej wyprowadzić się. Jeśli Ministerstwu Magii nie udało się niczego znaleźć, to istniały nader skromne szanse, że oni będą mieli więcej szczęścia.
Kochali się więc szybko i gwałtownie, nie chcąc przez tych kilka burzliwych minut myśleć o niczym więcej poza seksem. Mary wspięła się na niego podobnie jak ubiegłej nocy, ale tym razem obrócił ją po chwili na plecy i dosiadł jej.
Kiedy wsuwał się do środka, zacisnęła mocno nogi wokół jego bioder. Blaise przypuszczał, że oboje zdawali sobie sprawę, że to nie miłość; nawet nie pożądanie. Ale zdążyli już się polubić. Każde z nich dostrzegało w drugiej osobie coś z siebie. I każde w inny sposób stanowiło dla tej drugiej osoby coś w rodzaju ostrzeżenia.
Złapała się za uda i rozchyliła je, otwierając się przed nim, jak mogła najszerzej, a potem zaczęła zmysłowo dyszeć i to dyszenia jeszcze bardziej podnieciło Ślizgona. Pchał coraz silniej i silniej, aż zaczęło skrzypieć łóżko i musiał zwolnić, żeby zmienić pozycję kolana, bo hałas za bardzo go dekoncentrował.
- Poczekaj – szepnęła. – Nic nie mów.
Delikatnie odepchnęła go od siebie. Ponownie położył się na plecach. Mary pocałowała go w usta, w pierś, i w brzuch, a potem wzięła do ust jego członek i zaczęła go płynnie i wytrwale ssać. Widział na tle okna jej poruszająca się w górę i w dół głowę. Widział zarys ust obejmujących sklepiony masywny trzon jego penisa.
Przez chwilę zawahała się, a potem poczuł na skórze jej ostre zęby. Chwila przedłużała się, zęby zaciskały coraz mocniej i przez krótki szalony moment wydawało mu się, że chce mu go odgryźć.
- Mary… - jęknął przerażony, ale potem usłyszał, jak śmieje się cicho z pełnymi ustami i za chwilę znowu zaczęła go ssać, lizać i trącać czubkiem języka. Poczuł, jak wbrew jego woli naprężają mu się mięśnie i dochodzi do szczytu. Mary ani na moment nie otworzyła ust: połknęła wszystko, nie pozwalając, by na zewnątrz wydostała się choćby jedna kropla. Kiedy usiadła, żeby pocałować bruneta, jej wargi były zupełnie suche.
- Może innym razem – szepnęła, prawie się nie odsuwając. – I na pewno w innym miejscu.
Leżeli obok siebie w niemal absolutnej ciemności. Dziewczyna szybko zasnęła, oddychając miarowo przy jego nagim ramieniu. Czuł się wyjałowiony, smutny i pozbawiony własnego miejsca, tak jakby osierocił go cały świat; tak jakby wszyscy byli w posiadaniu jakiegoś sekretu i nie chcieli mu go zdradzić. Słyszał szepczące samo do siebie, poirytowane morze i ptaki, które wierciły się w rynnach. Pomyślał o wiszącej na dole w holu fotografii Fortyfoot House i odmówił krótką modlitwę, prosząc, aby młody pan Billings przestał się zbliżać do domu.
Uznał, że nie od rzeczy będzie zajrzeć jutro rano do Beach Cafe i porozmawiać ponownie z Doris Kemble. Być może opowie mu coś więcej o młodym panu Billingsie; coś, co wyjaśni, dlaczego pojawia się on nieustannie w otaczających dom ogrodach. Niesamowity status Fortyfoot House wydawał się do tego stopnia wtopiony w miejscową tradycję, że być może Doris zapomniała powiedzieć mu o czymś ważnym.
___________________________________
W dormitorium Dracona Malfoy’a rozległo się pukanie.
- To ja, otwórz.
Usłyszała kliknięcie zamka w drzwiach, które po chwili stały otworem. Ostrożnie wsunęła głowę do środka. Widząc światło w łazience weszła do środka.
- Masz wszystko ? – spytał chłodno wchodząc do pokoju.
- Sądzę, że tak.
- To w drogę.
- Czekaj…
- Co ?
- Nie bierzesz ze sobą niczego ?
Spojrzał na torbę, która przewieszona przez ramię dziewczyny dyndała przy każdym postawionym przez nią kroku.
- Różdżka i głowa mi wystarczą – skwitował.
- Bardzo śmieszne – skrzywiła się.
Rzucili na siebie Zaklęcie Kameleona i opuścili Lochy. W drodze do Sali Wyjściowej natknęli się na parę prefektów z Ravenclawu. Starając się zachować ciszę i nie zdradzić swojej obecności przemknęli szybko obok. Wybiegli na błonia.
Twarz blondyna owiał zimny podmuch. „Podmuch śmierci” pomyślał. Tak bardzo chciał być teraz w swoim pokoju i smacznie spać lub spędzać miło czas z ukochaną dziewczyną.
Vivian zatrzymała się. Nie podobał jej się ten wiatr. A dokładniej rzecz biorąc siła z jaką wiał.
- Gdzie jesteś ? – zapytał.
- Tutaj – szepnęła.
Odwrócił się do tyłu lecz nikogo nie zobaczył. „No tak, Zaklęcie Kameleona…” westchnął.
- Już idę.
Dotarli na skraj Zakazanego Lasu. Draco rzucił ostatnie spojrzenie w kierunki chatki Hagrida. Światło w oknie wskazywało na to, że w kominku wesoło trzaskał ogień. Dopiero teraz chłopak zdał sobie sprawę z tego jak mu jest zimno.
- Trzymajmy się razem – zaproponowała Ślizgonka.
- Niby jak ?! – naskoczył. – Przecież się nie widzimy !
- Ja cię widzę – oznajmiła spokojnie.
- Jakim cudem ?!
- Widać, że nie uważałeś na lekcji. Da się zobaczyć sylwetkę osoby, która kryje się pod zaklęciem maskującym.
- To znaczy ?
- Różni się ona nieco barwą od tła. Może być ciemniejsza lub jaśniejsza. W twoim przypadku: jaśniejsza.
- Nie mogę się skupić – stwierdził.
- Nie masz wprawnego oka. Nie opłaciło się patrzeć dziewczynom pod spódnice. Pogorszył ci się wzrok.
- Nie musiałem zaglądać dziewczynom pod spódnice – oburzył się. – Same zadzierały je do góry – uśmiechnął się.
- Palant – mruknęła pod nosem. – Chciały cię wykorzystać – powiedziała już głośno.
- Słyszałem jedno i drugie – warknął.
- Dobra, koniec tych pogaduszek. Musimy iść.
- Czego my właściwie szukamy ? – spytał nieprzytomnie.
Wiatr się wzmagał.
Cobra owinęła się szczelniej swoją peleryną i naciągnęła bardziej kaptur na twarz.
- Jak to ? Nie wiesz ?
- Nie bardzo – odparł zgodnie z prawdą.
- Jakiegoś miejsca, gdzie może się ukrywać twój ojciec…
- Tyle to wiem – przerwał jej. – Chodzi mi o konkrety.
- O konkrety chodzi Snape’owi. Tego się mamy właśnie dowiedzieć: gdzie dokładnie ukrywają się Śmierciożercy i czy mają Blaise’a.
- Mam nadzieję, że Zabini żyje.
- Słyszałeś powiedzenie: „Nadzieja matką głupich” ?
- Możliwe, i co z tego ?
- Ufaj lub pokładaj wiarę.
- No to: wierzę, że Diabeł żyje… A co jak nie mam pewności ?
- Twoja wiara podupadnie.
- Bardzo krzepiące.
- Ruszaj, nie mamy wiele czasu. Będę szła zaraz za tobą.
- Skąd będę miał pewność ?
- Będę cię trzymać za szatę.
- Za rękę.
- Niech będzie.
Wyciągnął dłoń i poczuł delikatny dotyk. Ujął rękę Cobry i poszedł przodem. Miał problem z pokonywaniem drogi. Zewsząd wystawały konary, sięgające łydek, nieco większe śliskie kamienie lądowały pod jego nogami, zahaczał o ostre gałęzie krzaków. Dwa razy omal się nie wywalił.
- Dzięki – powiedział.
- Musisz być bardziej ostrożny – upomniała go szatynka. – Jak złamiesz nogę to nie będę cię targać do Zamku.
- Zrobię to samo, jeśli przytrafi się to tobie – warknął.
Miał ochotę puścić jej rękę, ale wiedział, że byłoby to głupotą. Bądź, co bądź, ale orientowała się bardziej w terenie.
„Czyżby już tędy szła ? Znała tą drogę ?” przemknęło mu przez głowę.
___________________________________
Harry już kładł się spać, kiedy postanowił sprawdzić co się dzieje na terenie Hogwartu.
-
Accio mapa ! – szepnął.
Stuknął różdżką w pożółkły pergamin i rozwinął mapę. Na stronie, która przedstawiała parter i błonia spostrzegł dwie pary stóp i przypisy:
Dracon Malfoy oraz
Vivian Cobra.
- Co oni robią ? – zastanawiał się półgłosem.
- Harry, czemu nie śpisz ? – jęknął Ron.
- Sorry, jeśli cię obudziłem – przeprosił zamyślony.
- Co tam widzisz ? – zapytał przyjaciel.
- Sam nie wiem… - szepnął.
Weasley wstał i podszedł do bruneta. Usiadł obok niego i zajrzał mu przez ramię.
- Malfoy i Cobra ?
- Yhym…
- Co oni kombinują ?
- Nie mam pojęcia.
- Co robimy ? Idziemy za nimi ?
- Właśnie się nad tym zastanawiam.
- Dowiedzmy się co się dzieje – zakomunikował Ron. – Tylko jak najszybciej dostać się na dół ?
- Mam miotłę przy łóżku – poinformował go Potter. -
Accio peleryna !
Po chwili miał już w dłoniach pelerynę i swoją ukochaną miotłę. Rudzielec otworzył okno i wpuścił chłodne powietrze do środka.
- Weźmy bluzy, jest zimno.
Harry kiwnął głową na znak zgody. Ubrany, uzbrojony w różdżkę, pelerynę, miotłę, mapę i przyjaciela wyleciał z dormitorim. Ron wycelował w okno i zamknął je zaklęciem.
- Sprawdź na mapie gdzie dokładnie się znajdują.
- Są na dziesiątej – zakomunikował.
Słuchając wskazówek Gryfona, Potter leciał w stronę Zakazanego Lasu. Wylądowali niedaleko chaty olbrzyma i zostawili miotłę pod tylnymi drzwiami.
- A jeśli będzie nam potrzebna ?
- To ją zawołam – odparł okularnik.
Ukryci pod Peleryną Niewidką zaczęli podążać tropem dwójki Ślizgonów.
___________________________________
- Jak myślisz ? Daleko zaszliśmy ?
- Nie wiem, zatrzymaj się – obejrzała się do tyłu. – Nie. Wciąż widać Hogwart.
- Uch – stęknął.
W milczeniu doszli do polany, na której niegdyś Draco znalazł się razem z Potterem. To było w pierwszej klasie. Pamiętał jak bardzo wystraszył się skrytego pod peleryną Profesora-Jąkały. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu oznak czyjejś obecności.
- Widzisz coś ?
- Nic. Zupełnie nic – odpowiedziała.
Słyszał jak drży jej głos.
- Zimno ci ? – spytał.
- A czy to dziwne ? Jest noc, a ja nie ubrałam się najszczelniej – oświadczyła, jakby to było oczywiste.
- Trzeba było sobie grubsze majtki założyć.
- Nie bawią mnie twoje marne docinki.
- A mnie bardzo.
___________________________________
- Widzisz ich ?
- Nie, a ty ?
- Też nie. Może są pod wpływem Kameleona ?
- Może, nie wiem. Co pokazuje mapa ?
- Są jakieś trzydzieści stóp przed nami.
- W którą stronę ?
- Na godzinie dziesiątej... - szepnął i podniósł głowę znad pergaminu.
Rozejrzeli się, ale nikogo nie zobaczyli.
- Dziwne - mruknął Weasley.
- Taaa...
___________________________________
- Cobra, przypomnij mi, po co my tu właściwie przyszliśmy ?
- Mamy odnaleźć twojego ojca, a przy okazji Blaise'a.
- No tak...
- Cicho - podniosła dłoń zapominając, że jest pod wpływem zaklęcia Kameleona. - Coś słyszałam...
___________________________________
- Zatrzymali się.
- Widzisz ich, Harry ?
- Nie - chłopiec przyglądał się zarysom stóp na mapie. - Ale zdaje się, że nas słyszeli - szepnął.
- I co teraz ?
- Nie wiem... Czekamy.
___________________________________
- Zdawało ci się.
- Nie - zaprzeczyła. Wytężyła wszystkie swoje zmysły i...
"- Harry ?"
"- Tak" - usłyszała w odpowiedzi.
"- Co ty tu robisz ?"
"- Ciebie mógłbym zapytać o to samo."
"- Grozi ci niebezpieczeństwo. Jeśli oni tu są..."
"- Jeśli oni tu są to od razu stanę do walki."
"- Tu nie chodzi tylko o nich."
"- Voldemort ?"
"- Nie, Blaise zaginął."
___________________________________
- Harry, co się dzieje ? Czemu milczysz ?
- Idziemy... Tylko cicho.
Spojrzał jeszcze raz na mapę.
"- Będziemy tuż za wami..."
"- Będziemy ? Aaa... Weasley. Dobrze. Bądźcie ostrożni."
"- Nie ma sprawy."
"- I jeszcze jedno, Harry..."
"- Tak ?"
"- Blokuj myśli... I Ron to samo..."
- Ron ? - zwrócił się do przyjaciela. - Pamiętasz kiedy mówiłem ci o konieczności blokowania swojego umysłu ?
- Tak, bo co ?
- Właśnie zaszła taka potrzeba...
___________________________________
- Cobra ?
- Co ?
- Żyjesz ?
- Tak, dlaczego pytasz ?
- Bo jesteś jakaś nieobecna...
- Zamyśliłam się...
- Nad czym ?
- Czy jeszcze kiedykolwiek ujrzę Zabini'ego - wypaliła. Nic innego nie przyszło jej do głowy.
- Acha... Stój.
Pociągnął ją za dłoń, która omal nie wyśliznęła się z jego uścisku.
- Co ?
Namacał jej ramię i zakładając w myślach gdzie znajduje się jej głowa, szturchnął lekko palcem jej szyję:
- Tam... Widzę światło.
Zamilkli i nasłuchiwali.
- Podejdźmy bliżej - mruknęła.
Draco trzymając niepewnie jej dłoń odwrócił się do tyłu. Był przekonany, że słyszał trzask łamanych gałązek. Polanę, na której znajdowali się parę minut temu, otoczyła dziwna mgła. Obecnie wyglądała niczym bagienna mogiła zagubionego w odległej krainie Elfa. "Odwagi chłopie" - pomyślał. Musiał przyznać sam przed sobą, że panikuje. Zawsze bał się Zakazanego Lasu. Spojrzał w kierunku Hogwartu, ale nie było widać nawet gmachu tego wiekiego zamczyska.
Wtem ręka dziewczyny wyśliznęła się z jego dłoni.
- Vivian ! - warknął. Ton jego głosu przypominał przestraszone dziecko, które zgubiło się w ciemności: był słaby i zachrypnięty.
- Tu jestem - odpowiedziała.
Powoli przesuwał się w stronę Ślizgonki. Niczym ślepiec, bezradnie wyciągał przed siebie ręce macając powietrze. Trafił.
- Auł ! - usłyszał.
- Cobra ?
- Tu jestem - wykonała ruch za jego plecami.
- Więc... - wyciągnął ostrożnie dłoń i szarpnął. - WEASLEY ? POTTER ?! - nie krył oburzenia. - Co wy tu robicie, do cholery ?
- Kretyn ! - odpowiedział Harry i prędko złapał pelerynę nim ta spadła na ziemię.
- Pilnujemy was - odparł spokojnie rudzielec.
- Nie potrzebujemy...
- Przyda nam się wasza pomoc - przerwała mu szatynka. - A raczej obecność... W razie kłopotów powiadomicie Dumbledore'a.
- Co wy knujecie ? - wypalił Ron.
- Nie twój zakichany interes, Weasley !
- Owszem, mój !
- Nie pora na kłótnie ! - ostrzegł ich Harry. - Co się dzieje ?
- Lepiej załóżcie pelerynę, nie chcemy, by nas zobaczyli - odpowiedziała.
- Ostrożnie... Nie wejdźcie na mnie.
- Malfoy, jak chcesz to wejdę w ciebie - podkreślił Ron.
- Rudy, za dobrze by ci było.
- Nie mogliście wybrać lepszego momentu... ? - zdenerwowała się dziewczyna.
- Już jestem cicho - spokorniał Weasley. Co jak co, ale ta dziewczyna budziła w nim respekt. Nie był pewien, czy spowodowała to jej charyzma, czy może urok osobisty.
Podeszli na tyle blisko na ile dali radę, by pozostać w ukryciu. Zobaczyli piątkę Śmierciożerców siedzących dookoła gasnącego paleniska.
- Czy tam jest chata ? - zapytał brunet.
- Gdzie ? - Draco rozejrzał się.
- Za plecami tego kurdupla.
- Zdaje się, że tak - odpowiedziała Ślizgonka.
- Dziwne... - zaczął Ron.
- Co ?
- Noc jest chłodna... Dlaczego nie siedzą w środku ?
- Tego nie wiem - Cobra zaczęła się zastanawiać. "On ma rację..."
- Powiedz, że mnie oczy mylą... - mruknął Malfoy.
- Co zobaczyłeś ?
- Tam, pod oknem - głos mu się załamał.
Pod ścianą znajdował się niemały składzik. Składzik ludzkich czaszek...
Ronowi zrobiło się niedobrze.
- Nie, Ron ! Tylko nie tutaj ! - szepnął nerwowo Harry.
- Harry, Draco, zwijamy się stąd... Nim ktoś odkryje naszą obecność...
- Za późno... Weasley zwrócił całą kolację - rzekł zniesmaczony Malfoy.
- Tym bardziej musimy wiać.
- Cisza !
- Co jest, Jack ?
- Coś słyszałem !
Czwórka uczniów zamarła. Starali się być najciszej, jednak nie na długo. Najmłodszy syn państwa Weasley’ów nie potrafił powstrzymać wymiotów spowodowanych owym niecodziennym widokiem. No bo…
- Kto normalny… - urwał. – Trzyma takie paskudztwo pod oknem ?!
- Przestań – słyszał nad sobą zniecierpliwionego Malfoy’a.
- Powiedz… Jak… ?
Ron nie czuł się tak od chwili, gdy w drugiej klasie ugodziło w niego jego własne zaklęcie. Tyle, że wtedy miał zepsutą różdżkę i bronił honoru Hermiony.
- Chodźcie już – jęknęła Vivian.
- Ron, dasz radę iść ?
- Ktoś tu idzie ! – spanikował Draco.
___________________________________
Jack Valek zmierzał w kierunku, z którego jego zdaniem dobiegały dziwne odgłosy.
- Coś tu nie gra – mruczał pod nosem. – Co do chol… ?! – uniósł do góry prawą stopę i oświecił końcem różdżki swoje buty. – KURWA MAĆ ! – zaklął.
- Co jest ?! – zapytał jeden ze Śmierciożerców.
- Ktoś tu jest ! – wrzeszczał. – Wyłaź !
Oświetlał różdżką przestrzeń dookoła.
- Masz zwidy…
- Czy to, kurwa, twoim zdaniem są zwidy ? – rzekł rozeźlony.
Mężczyzna podszedł bliżej i zajrzał mu przez ramię.
- Może i masz rację…
- Przeszukać teren !
- Już po nas – mruczał Ron.
- Zachowaj spokój, przyjacielu. - starał się pokrzepić Harry.
- Zamknijcie się wreszcie ! - wybuchnął blondyn.
- Przez to wasze gadanie, znajdą nas i cholera jedna wie, co nam zrobią !
- Draco ma rację.
Młodzi wstrzymali oddechy, gdy jakieś 12 stóp od nich przeszedł jeden z popleczników Voldemorta.
___________________________________
Mniej więcej o drugiej w nocy Blaise otworzył oczy. Pokój wypełniało rozrzedzone srebrne światło księżyca. Pogrążona w głębokim śnie Mary opierała głowę o jego ramię. Kołdra zsunęła się w dół i w księżycowej poświacie widać było erotyczny pejzaż jej zaokrąglonych nagich pleców i pośladków. Przypominała oglądane w nocy wydmy pustyni Nefu. Nadstawił ucha, ale w domu panowała niezwykła cisza. Żadnych chrobotów, żadnego szurania. Nie słychać było skrzypienia ani jednej deski w podłodze. Być może Fortyfoot House przyjął ofiarę Harry’ego Martina i na jakiś czas zaspokoiło to jego apetyt. O tej porze, w środku nocy, gotów był uwierzyć prawie we wszystko.
Marzył o tym, żeby zasnąć. Był potwornie zmęczony. Zastanawiał się, w jaki sposób zdobyć pieniądze na nową miotłę. Być może udałoby się pożyczyć trochę od jego babki. Kłopot polegał na tym, że miała osiemdziesiąt osiem lat i adwokata, który strzegł jak wściekły pies wszystkich jej aktywów. Nie zostało mu nic, co mógłby sprzedać.
Próbował nie myśleć o wpełzających i wypełzających ze ścian małych karłach.
Teoria Mary, że gdzieś w domu mogą się ukrywać dzicy lokatorzy, była mało prawdopodobna, nie oznaczało to jednak, że należy ją całkowicie odrzucić. Zamurowanej części poddasza nikt nie zamieszkiwał – stwierdził to miarodajnie detektyw sierżant Miller. Ale istniało jeszcze zamurowane pomieszczenie położone bezpośrednio pod nią – pomieszczenie zaopatrzone kiedyś w okno, z którego rozciągał się widok na pola truskawkowe i zachodnią część ogrodu.
Mogło tam się śmiało zmieścić troje albo czworo osób – może nawet więcej. Nie można się było jednak tam w żaden normalny sposób dostać – ani stąd, z jego sypialni, ani z zewnątrz, ani jak wiedział, ze strychu.
Spojrzał na dziwaczny sufit, który powstał w wyniku zamurowania tej części pokoju. Tworzące go kąty nie były wcale symetryczne. Ściana północna wydawała się opadać bardziej stromo niż południowa, a zachodnia – ta, za którą znajdowała się zamurowana część sypialni – łączyła się z dwoma poprzednimi pod tak irytującym kątem, że wydawało mu się zrobione to rozmyślnie. Konstrukcja tych ścian do tego stopnia sprzeciwiała się zdrowemu rozsądkowi, że nie mogło to być dziełem przypadku. Ktoś wzniósł je w ten sposób z jakiegoś powodu; być może tego samego, z jakiego dach Fortyfoot House zaprzeczał wszelkim prawom perspektywy. Domy są czasami źle zaprojektowane, ale nie aż tak.
Wciąż gapiąc się w sufit, zdał sobie nagle sprawę, że sposób, w jaki styka się on ze ścianami, służy bardzo określonemu celowi. Bardzo trudno opisać to wrażenie, ale wydawało mu się, że jego wzrok przenika mury; że widzi nie tylko to, co jest po tej stronie, ale również to, co znajduje się po tamtej, wszystko jednocześnie. Przetarł palcami oczy, ale kiedy otworzył je ponownie, wrażenie było jeszcze silniejsze. Miał wyraźne uczucie, że widzi to, co dzieje się za ścianą.
W tej samej chwili w południowo-zachodnim rogu pokoju pojawił się nieznacznie pochylony w jedną stronę zamazany kształt. Zawieszony bliżej sufitu niż podłogi migotał lekko niczym widziane przez grube zasłony odbicie ekranu czarno-białego telewizora. Tkwił w tym samym miejscu przez kilka minut, podczas których Zabini leżał jak sparaliżowany w łóżku, zastanawiając się, co ma zamiar zrobić dalej.
Stopniowo kształt stawał się coraz wyraźniejszy, wciąż jednak chłopak nie miał pojęcia, czym jest. Odbiciem ? Błędnym ognikiem ? Słyszał o gazach, które ulatniały się z pękniętych przewodów wentylacyjnych. W epoce wiktoriańskiej mieszkańcy starych domów często chorowali albo umierali w wyniku zatrucia czadem lub innymi gazami, ulatniającymi się z nieszczelnych rur.
Przez ułamek sekundy kształt przybrał jednak całkiem wyraźną postać. Przypominał pochyloną kobietę w białym kornecie. Wydawało mu się, że widzi, jak odwraca głowę. Wydawało mu się, że widzi jej oczy. A potem wrzasnął na całe gardło i postać rozpłynęła się w załamaniu między ścianami, tak jakby wessana odkurzaczem, a on został sam, pocąc się, krzycząc wniebogłosy i podskakując na łóżku.
- Co się stało, Blaise ? Co się stało ? – pytała, tuląc się do niego, Mary.
Wyskoczył z łóżka, rozsunął zasłony i stojąc nagi w świetle zachodzącego księżyca poklepał ścianę w miejscu, gdzie pojawiła się zjawa. Nie czuł nic poza twardym, wilgotnym murem.
- Co się z tobą dzieje, Blaise ? – nagabywała go dziewczyna.
- Coś widziałem. Coś, co wyszło ze ściany. To było światło albo zjawa. Sam nie wiem. Przypominał pielęgniarkę albo zakonnicę.
- Na pewno ci się przyśniło.
Sfrustrowany i wściekły walnął dłonią w ścianę.
- Wcale mi się nie przyśniło. W ogóle nie spałem.
- Dobrze, dobrze – uspokajała go. – W ogóle nie spałeś, zgoda, ale teraz zjawa zniknęła, tak czy nie ? Więc wracaj do łóżka i się odpręż.
Przemierzał wściekłym krokiem sypialnię, waląc w miejsce, gdzie ukazał się zjawa, za każdym razem, kiedy je mijał.
- Nie mogę się odprężyć ! Nie spałem i widziałem ją !
- Posłuchaj, Blaise. Od czasu, kiedy tu przyjechałeś, tyle się na ciebie zwaliło… Najprawdopodobniej miałeś halucynacje, to wszystko.
- Nie miałem żadnych halucynacji ! Widziałem zakonnicę w połowie tej cholernej ściany !
Mary pochyliła cierpliwie głowę i czekała, aż skończy się wydzierać i awanturować. Tak naprawdę nie krzyczał wcale na nią. Krzyczał na samego siebie, na Vivian, na Jacka Valka, na Harry’ego Martina, Brązowego Jenkina i wszystkich, którzy go tu przywiedli. Myślał, że chyba o tym wiedziała, niech Bóg ją błogosławi. Na swój sposób ona też go wykorzystywała. Zdradzał ją sposób, w jaki uprawiała miłość. Fizycznie byli niezwykle blisko. Pozwalała mu robić ze sobą wszystko; i w zamian ona też mogła robić wszystko z Zabini. Ale emocjonalnie dzieliła ich ogromna odległość. Z kimkolwiek tak naprawdę się kochała, nie był to z całą pewnością on. Najprawdopodobniej stanowił po prostu surogat mężczyzny, który ją skrzywdził. Występowanie w roli seksualnego dublera nie jest może specjalnie inspirujące, ale czasami człowiek zadowala się tym, co jest pod ręką.
W końcu wśliznął się zmarznięty do łóżka. Mary natychmiast przytuliła się do niego i objęła ramieniem.- Cały drżysz – szepnęła.
Nie mógł oderwać oczu od dziwacznego sufitu. Wciąż ogarniało go na jego widok paniczne przerażenie.
- Widziałem pochylającą się kobietę. Przysięgam. Pielęgniarkę albo zakonnicę. Wisiała w powietrzu dokładnie tam, gdzie pokazuję.
- To niemożliwe, Blaise.
- Mam zamiar zajrzeć do tego artykułu w „National Geographic” – oznajmił stanowczym tonem. – A także porozmawiać z Doris Kemble w barze przy plaży.
- Powinieneś lepiej porozmawiać z kimś, żeby pożyczył ci pieniądze na kupno samochodu.
- Miotły – poprawił.
- Od kiedy korzystasz z mugolskich wynalazków ?
- Co masz na myśli ?
- Na przykład telewizor.
- A kto powiedział, że nie mogę ?
Przyłożył głowę do poduszki. Nie wiadomo dlaczego do oczu napłynęły mu łzy. Kiedy ciekły mu po policzkach, przypomniał sobie starą piosenkę country: „
I’ve Got Tears In My Ears From Lying On My Back And Cryin’ Over You”. Mary położyła mu głowę na ramieniu, pocałowała w policzek i zmierzwiła dłonią włosy. Ale Ślizgon był zbyt zmęczony i zatroskany, żeby szukać ulgi w seksie. W końcu usiadła, pochyliła się nad nim i zasłaniając ostatnie promienie księżyca wycisnęła na jego czole długi pożegnalny pocałunek.
- Beznadziejny z ciebie przypadek – powiedziała.
- Nie, wcale nie – zaprzeczył, przecierając palcami oczy. – Jestem tylko ciężko przerażonym, zbankrutowanym palantem, który ma wszystkiego dosyć i martwi się bez przerwy o swoją przyszłość. Poza tym jestem bez zarzutu.
Roześmiała się, pocałowała go i leżeli objęci ramionami aż do chwili, kiedy zaszedł księżyc i otoczyła ich prawie kompletna ciemność. Próbował zasnąć, ale nie mógł oderwać oczu od sufitu, chociaż praktycznie wcale go nie widział.
- Mary zasnęła. A w Fortyfoot House zaczął się wielki ruch: wszystko przemieszczało się w przyśpieszonym tempie. Bose stopy dotykały cicho belek sufitu; kosmate stworzenia przebiegały szybko i na oślep przestrzenie między ścianami. Młody pan Billings zbliżał się, chłopak był tego pewien, zbliżał się w czyimś towarzystwie. A kiedy się ocknął i na dworze świeciło jasne słońce, przysiągłby, że obudziło go ostatnie echo wysokiego dziecinnego krzyku.
Mary otworzyła oczy i spojrzała na niego. Ranek był ciepły; frędzle abażura poruszały się w powiewie bryzy niczym kończyny jakiegoś dziwnego, zawieszonego pod sufitem krocionoga.
Pocałowała go w ramię, a potem w usta.
- Wiesz co ? – stwierdziła. – Wyglądasz, jak z krzyża zdjęty.
***
Tego dnia Draco postanowił nieco odpocząć od szkolnego zgiełku i przemyśleć kilka spraw. Wstał bardzo wcześnie, pomijając fakt, że w ogóle nie spał tej nocy. Do dormitorium wrócił około czwartej rano, ale był tak roztrzęsiony i zakłopotany, że nie potrafił zasnąć. Obawiał się, że w każdej chwili do jego pokoju może zawitać jego ojciec i nie ominą go kłopotliwe pytania.
Już o szóstej zszedł do Wielkiej Sali na śniadanie. Przy stole Slytherinu jednak siedziała już jedna osoba. Przyjrzał się wyrazowi twarzy jaki przybrała dziewczyna, gdy pojawił się na progu. Jej zapuchnięte oczy wskazywały na to, że nie przespała nocy. Grymas wykrzywiający jest usta miał być zapewne krzepiącym uśmiechem.
- Wcześnie wstałaś… - mruknął.
- Nie tylko ja… - odparła i kiwnęła głową w stronę stołu Gryfonów.
Draco obrócił głowę i ujrzał Harry’ego oraz Rona. Zdawali się być rozkojarzeni. Wealsey nie mógł skupić wzroku w jednym punkcie i co chwilę rozglądał się po całym pomieszczeniu. Potter zaś dłubał widelcem w swojej jajecznicy.
- A im co ? – zapytał.
- Chyba to samo co z nami…
Blondyn kiwnął głową chłopakom na powitanie i zajął miejsce przy stole. Zaraz przed nim pojawił się talerz z dwoma parującymi tostami.
- Idziesz na lekcje ? – przerwała ciszę.
- Nie, a ty ?
- Właśnie się zastanawiam. Nie mam ochoty widzieć się dziś ze Snapem. A tym bardziej odpowiadać na jego pytania.
- Rozumiem.
- Smacznego.
- Dziękuję.
Chłopak skończył jeść i nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony koleżanki wstał i ruszył do wyjścia. ”Uciekasz” usłyszał gdzieś we wnętrzu swojego umysłu.
Znalazł się w Sali Wyjściowej. Ostrożnie rozglądał się naokoło i stawiał kroki w kierunku błoni. Na dworze było już dość jasno i ciepło. Świecące słońce nagrzało kamienne schody i rudy kot, który spał między pelargoniami, odwrócił się i spojrzał na niego wąskimi oczami. Koty bezbłędnie rozpoznają ofiary.
Minął go i przeszedł przez dziedziniec. Ulubionym jego zajęciem było napicie się czegoś mocnego w dobrym stylu. Nie miał siły się aportować, a najbliżej było tylko Hogsmeade.
___________________________________
Jakieś piętnaście minut po wyjściu Malfoy’a, Vivan pożegnała się z chłopcami i opuściła Wielką Salę. Postanowiła wrócić do swojego dormitorium i wziąć jeszcze jeden prysznic przed lekcjami. Czuła się skołowana, a powietrze wokół niej zdawało się być duszne.
Do salonu zaczęli schodzić uczniowie. Dziewczyna minęła ich bez słowa i weszła po schodach do swojego pokoju. Zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie. Po chwili podniosła głowę i zamarła.
- Witam.
Przed nią stał nie kto inny, jak Jack Valek.
- Co ty…
- Spodziewałaś się, że tak szybko się mnie pozbędziesz ? No cóż, kotku, pomyliłaś się.
Cobra była zbita z tropu. Jeśli kiedykolwiek czegoś się bała, to była to właśnie obecność Jacka o tak wczesnej porze.
- Nie chciałam się ciebie pozbywać – starała się uzyskać opanowany ton. I choć traciła rezon, najprawdopodobniej osiągnęła zamierzony cel.
- Odniosłem inne wrażenie – oświadczył. – Przynajmniej podczas ostatniej wizyty.
- To tylko wrażenie.
- Masz mnie za idiotę ?! – warknął, robiąc krok w jej stronę.
- A niby skąd ten pomysł ? – „zachowaj zimną krew”, pomyślała.
- Jesteś teraz moja – zakomunikował. – Ten, który spróbuje się do ciebie zbliżyć padnie trupem.
- Doprawdy ? – zakpiła.
Obdarzył ją gardzącym spojrzeniem, które mogło mówić: „Nie zdąży nawet wypowiedzieć twojego imienia”.
Dziewczyna spoważniała.
A co, jeśli on mówi prawdę ? Odsunęła się od drzwi i obeszła gościa szerokim łukiem. Przystanęła obok stolika, zwrócona plecami do rozmówcy.
- Uważasz, że będę twoja do końca swych dni ?
- Nawet po śmierci.
___________________________________
Draco wszedł do gospody „Pod Świńskim Łbem” i zamówił jedno piwo. Wolał nie przesadzać z trunkiem, chociaż tak naprawdę miał ochotę na coś mocniejszego. Zajął miejsce przy oknie i zagłębił się w rozmyślaniach.
Powoli, bez pośpiechu, sączył bursztynowy napój i spoglądał na kufel. Jego uwagę przykuł niezwykły widok: W świecie czarodziei -w małym miasteczku- pojawił się mercedes. Samochód zatrzymał się nieopodal, a ze środka wygramoliło się dwóch meżczyzn. Chłopak od razu poznał jednego z nich.
Kiedyś, gdy jego ojciec był bardziej ostrożny niż pyszny, zaprosił do domu owego człowieka na służbową kolację. Blondyn miał wtedy koło dziesięciu lat. Po kolacji, nieświadom, że gość nie opuścił domu, wszedł do gabinetu Lucjusza. Byli w trakcie wykonywania jakiegoś obrzędu. Nigdy nie zapomniał, jak następnego dnia jego matka cała posiniaczona weszła rano do pokoju i nakazała nie pokazywać się ojcu na oczy. Nie spełnił jej prośby, bowiem Malfoy wezwał go do siebie, a głupotą byłoby nie pojawić się na zawołanie.
Oberwał. To był kolejny raz, kiedy miał się nie wtrącać w interesy ojca.
Drzwi stanęły otworem i dwie sylwetki zasłoniły światło poranka. Arystokrata ukrył głowę w ramionach. Chciał pozostać niezauważony. Słyszał jak ciężkim krokiem podeszli do baru.
- Szukamy pewnego młodego człowieka - powiedział jeden z nich.
- Blondyn - dodał drugi.
Ślizgonowi zrobiło się gorąco. Rzucił ukradkowe spojrzenie barmanowi i pokręcił lekko głową.
- Nikogo takiego tu nie widziałem.
„A jednak zrozumiał” – odetchnął z ulgą. Facet zakasłał.
- Chyba nie rozumie pan, że to BARDZO ważna sprawa - powiedział, kłądąc szczególny nacisk na słowo: bardzo.
- BARDZO mi przykro, ale nie mogę panom pomóc.
Mężczyzna ponownie zakasłał. Draco był przekonany, że nie będą go szukać. Nie tym razem, przynajmniej. Ale i tak był to dla niego szok, gdy ujrzał zatrzymujący się przed gospodą szary samochód z ludźmi, którzy byli pozbawieni wszelkich skrupułów i tak bezkompromisowi jak choroba, która opiera się wszelkiej kuracji.
Najbardziej go zastanawiał fakt, skąd wiedzieli gdzie go szukać. Słyszał jak jeden z nich sapał, co pozwoliło mu zorientować się, że rozgląda się po wnętrzu. Uratował go jednak fakt, że siedział przy oknie, za którym ostro świeciło poranne słońce. Facet, najprawdopodobniej oślepiony jego promieniami nie zauważył jasnych włosów chłopaka i powiedział:
- Tu go nie ma. Idziemy.
Ponownie ciężkie kroki zadudniły na drewnianej podłodze gospody. Drzwi jęknęły na zawiasach, ogłaszając wyjście owej dwójki.
***
Wielka Sala
Godzina 8
02
- Proszę o ciszę ! - Profesor McGonagall stała przy stole nauczycielskim.
Gdy rozmowy ucichły, od stołu wstał również dyrektor i podszedł do katedry.
- Chciałbym was poinformować, że w naszej szkole pojawiło się trzech nowych uczniów. Powitajmy gorąco: Gertrude [Tak, tu nie ma ę- przypis autorki ;-)]Bullock, Kate Bullock i Mike’a Bullock…
- Rodzeństwo ? – zdziwił się Ron.
- Na to wygląda.
- Mike i Kate wyglądają jak bliźniaki – stwierdziła Hermiona.
- Fakt.
- Profesor McGonagall, można prosić ?
Nauczycielka kiwnęła głową i na chwilę opuściła Wielką Salę. Po chwili pojawiła się ponownie niosąc z sobą Tiarę przydziału i niewielki stołek. Jako pierwsza usiadła na nim Gertrude.
- SLYTHERIN ! – wrzasnął kapelusz.
Dziewczyna lekko zawstydzona ruszyła do stołu, przy którym siedzieli Ślizgoni.
- Proszę – profesorka wskazała drugiej dziewczynie aby usiadła.
- SLYTHERIN ! – dało się słyszeć ponownie.
Kate udała się pewnym krokiem w stronę swojej siostry. Uczniowie przesunęli się robiąc jej miejsce.
Przyszła kolej na chłopca. Zabawił on nieco więcej czasu na stołku niż jego siostry. Dało się zauważyć, że prowadzi z Tiarą małą konwersację.
- Hmmm… Już miałam kiedyś taki problem. Gryffindor czy Slytherin…
- Slytherinu… Proszę, przydziel mnie do Slytherinu.
- A więc chcesz być w Slytherinie… Ciekawe… Tkwi w tobie dużo odwagi… Ale niech ci będzie…
- SLYTHERIN !
Chłopak odetchnął z ulgą. Nim jednak nauczycielka Transmutacji zdjęła Tiarę Przydziału z jego głowy usłyszał:
- Nie nadajesz się na Ś…
Zeskoczył z podestu i szybko zajął miejsce obok dziewczyn.
- I wszyscy w Slytherinie – mruknął Rudzielec.
- To wydaje się być nieco śmieszne.
- Co takiego ? – spytał Harry.
- Wszyscy Potterowie i Weasley’owie byli w Gryffindorze, a Malfoy’owie i Bullockowie w Slytherinie – zaśmiała się.
- Zapomniałaś o Nottach, Zabinich, Goyle’ach i Crabbe’ach – skrzywił się rudzielec.
- Zwyczajnie ich nie wymieniałam. Byłoby trudno użyć tych nazwisk we wszystkich przypadkach.
- Hmmm… Zabiniowie… Fakt, brzmi dość śmiesznie.
- Państwo Zabini, jeśli już, Ron.
___________________________________
Spędzili może pół godziny na wpatrywaniu się w siebie i milczeniu.
- Nie można panować nad człowiekiem, który już nie żyje – stwierdziła po długiej chwili zastanowienia.
Siedziała teraz na łóżku i głaskała gładką skórę węża, który owinął się wokół jej nogi. Valek patrzył na nią z niezadowoleniem.
- Uwierz mi, że można.
Ruszył z miejsca, w którym stał od dłuższego czasu i podszedł do Ślizgonki.
- Stanowisz dla mnie zbyt cenny dar, żebym cię porzucił.
- Dar ? A kto ci mnie podarował ? – zdenerwowała się.
- Sam Czarny Pan.
- CO ?! - tego już było za wiele. – Wynoś się stąd ! WYNOCHA !
- Należysz do mnie ! – krzyknął.
- Nie jestem niczyją własnością !
Jack rzucił się na nią. Zaczął całować jej twarz, szyję, dłonie. Zadarł ciemną bluzkę i pieścił brzuch. Jego pocałunki były zdecydowane, nachalne i sprawiały jej ból. Gwałcił jej morale i ciało, choć nie doszło do zbliżenia. Bała się go. Nie wiedziała czego się po nim spodziewać. Nie potrafiła odczytać jego myśli i zamiarów.
- Zostaw mnie – załkała. Jej głos był cichy, ledwie słyszalny.
- Jesteś moja. Moja ! – szeptał.
Z brązowych oczu pociekły łzy. Chłopak przestał być brutalny, gdy tylko poczuł, że ma mokry policzek. Odrzucił ją na łóżko, poczym wstał. Leżała bez ruchu: potargana, z zapłakaną twarzą i w pomiętym ubraniu. Jack pożałował tego co zrobił. Skrzywdził dziewczynę, którą pokochał. Odwrócił się do niej plecami i burknął:
- Nie chciałem, przepraszam.
Nie usłyszał nic w odpowiedzi. Spojrzał na nią po chwili. Miała zamknięte oczy, lecz łzy nadal płynęły spod przymkniętych powiek. Zrobiło mu się jej żal. Podszedł bliżej i usiadł na łóżku, obok niej. Wyciągnął dłoń i z lekkim wahaniem dotknął policzka szatynki.
- Vivian… Wybacz mi. Poniosło mnie…
Był na siebie wściekły. Nie wiedział, że jest zdolny skrzywdzić jakąkolwiek kobietę.
- Spójrz na mnie – błagał. – Spójrz i powiedz, że mi wybaczasz. Vivian…
Odwróciła głowę w przeciwną stronę i uchyliła powieki. Rzęsy były mokre i pozlepiały się tworząc coś w stylu irokeza z lat osiemdziesiątych. Cofnął rękę i opadł na łóżko.
- Kocham cię. Pierwszy raz kogoś kocham. Nie chcę cię stracić… Zbyt wiele dla mnie znaczysz… Wiem, że cię krzywdzę, ale to silniejsze ode mnie.
- Silniejsze od ciebie ? – oprócz załamania dało się słyszeć niedowierzanie. – Co chcesz przez to powiedzieć ? Że musisz mnie ranić, bo to silniejsze od ciebie ? – powtarzała niczym słabnące echo.
- Wybacz. Nie potrafię tego wyjaśnić. Ilekroć chcę dobrze jest coraz gorzej.
- Może warto zmienić strategię… - zasugerowała.
Valek podniósł się i przeszedł na drugą stronę łóżka. Położył się obok Ślizgonki w taki sposób, że miał jej usta naprzeciw swoich oczu i na odwrót. Podciągnął się po chwili do góry i delikatnie pocałował jej wargi. Nic. Spróbował jeszcze raz, wkładając w to więcej czułości. I tym razem nie napotkał reakcji. Gdy stracił wiarę na odzyskanie jej przyjaźni i oderwał od niej usta, ta przysunęła bliżej głowę i musnęła jego wargi. Twarz mężczyzny rozpromieniła się.
- Wybacz…
- Nigdy więcej tego nie rób.
- Przepraszam.
- Wybaczam.
Może i miała miękkie serce, ale jak sama stwierdziła, nie ma niczego za darmo. A jeśli chce się osiagnąć upragniony cel trzeba umieć się dla niego poświęcić.
___________________________________
Draco zamówił trzecie piwo z kolei.
- Coś nie tak ? – zapytał barman.
- Nie, wszystko w najlepszym porządku – zapewnił.
- Tamci czarodzieje, pytali o pana…
- Tak wiem… Zapewne chodzi o mojego ojca, a ja nie mam zamiaru o nim mówić.
- Rozumiem. Nie wtrącam się w nie swoje sprawy.
- I dobrze – odparł arystokrata.
- Zdawali się być pozbawieni skrupułów…
- I cholernie skuteczni – dopowiedział Ślizgon. – Mowa jest srebrem, jak zwykli mawiać.
- A milczenie: złotem – dokończył za niego chłopak zza baru.
Draco kiwnął mu głową i wrócił do stolika.
***
Popołudnie
Wieża Gryffindoru
Dormitorium chłopców
- Czy to nie dziwne ?
- Co takiego ? – brunet spojrzał na przyjaciółkę znad okularów.
- To, że ostatnio znikają uczniowie, a na ich miejsce przychodzą nowi.
- Nie rozumiem.
- No zobacz, Harry. Wraz z przybyciem Vivian do Hogwartu, Śmierciożercy uciekli z Azkabanu. Niedługo po tym Parkinson i jej współlokatorka zniknęły. Teraz nie ma także Zabiniego. A wczoraj pojawiło się trzech nowych uczniów. To mi wygląda na jakąś ustaloną populację w naszej szkole.
- Wydaje ci się.
- Harry, uwierz mi. Spójrz na to z naukowej perspektywy !
- Naukowej ? Hermiona ! Jesteśmy w świecie Czarodziei ! Tu nauka nic nie znaczy !
- A Szpital Świętego Munga ?
- Miona, zejdź na ziemię. Pracują w nim uzdrowiciele.
- Nie rozumiemy się – westchnęła z rezygnacją.
- Najwidoczniej.
Ponownie zajęli się odrabianiem pracy domowej z Eliksirów.
- Harry ? – Ron wsunął głowę przez drzwi.
- Tak ?
- Możemy wejść ?
- Chyba tak.
- Właźcie – powiedział do kogoś, kto stał za jego plecami.
- Co robicie ?
Usłyszeli znajomy głos i oboje podnieśli głowy.
- Fred ! George ! – krzyknęła uradowana Hermiona. – Co wy tu robicie ?
- Przyszliśmy w odwiedziny – uśmiechnął się Fred.
- Choć mieliśmy po drodze małą potyczkę z Filchem – dodał jego brat.
- Kto wygrał ? – zapytał brunet.
- A jak myślisz ?
- Wy ?
- Nooo przecież nie Filch ze swoją kotką.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- On wygrywa tylko z łajnobombami Irytka – zaśmiał się Ron.
- Choć i tak nie zawsze – wtrąciła Ginny, która jako ostatnia pojawiła się w dormitorium.
- Co racja to racja – potwierdziła Hermiona. – Siadajcie – przesunęła się na brzeg łóżka robiąc przyjaciołom miejsce. – Co u was słychać ?
- Po staremu. Mama jak zwykle dramatyzuje i nie pozwala się nikomu ruszyć nawet na krok, jeśli w grę wchodzi wyjście w pojedynkę.
- Żartujesz – zaśmiała się.
- Ani myślę.
- Coś mi się przypomniało – krzyknęła Hermiona. – Chodźmy do mnie.
- Herm… Chyba zapomniałaś, że chłopaki nie mogą wchodzić do dormitoriów dziewczyn… - przypomniał George.
- A od czego mamy różdżki ?
- Co masz na myśli ? – spytał podejrzliwie Fred.
- Chodźmy.
Piątka przyjaciół zeszła do Pokoju Wspólnego i skręciła na klatkę schodową prowadzącą do pokoi Gryfonek.
- Locomotor Fred !
- Aaaa…
- Locomotor George ! - w ślad za dziewczną poszedł Harry.
Hermiona pobiegła przodem i wpadła do dormitorium.
- HEJ ! - przestraszona Parvati Patil zwróciła uwagę koleżance. – Nigdy tak nie rób !
- A co robisz ? – odparła na to. – Chodź… Jesteś potrzebna.
- W czym ?
Przez otwarte drzwi wfrunął Fred.
- George utknął na zakręcie – poinformował. – Dopóki ktoś nie przetransportuje Harry’ego, zostanie tam – zaśmiał się.
- Teraz już wiesz – odezwała się Hermiona. – Chodź, weźmiesz Harry’ego, a ja Rona.
Gdy byli już w komplecie, panna Granger kontynuowała:
- Miałam zamiar pokazać wam to kiedy będę w Norze… Ale skoro już tu jesteście to skorzystam z okazji – podeszła do swojego kufra i z samego dna wyciągnęła małe zawiniątko. – Znalazłam to będąc pierwszym razem w Hogsmeade. Wy znacie się na tym najlepiej… - rozwinęła ciemną bibułkę i pokazała zawartość.
- Wow ! – wyrwało się Ronowi.
- Co to ? – chciał wiedzieć Harry.
- Superclot1 !
- Gdzie go znalazłaś ?!
- Co to jest ? – zdziwił się Potter.
- To takie coś – zaczął wyjaśniać Fred – co po połączeniu z jakąś cieczą, na przykład wodą, powoduje jej krzepnięcie.
- To tak jakby przybrało postać lodu – wtrąciła Granger. – Pamiętasz, Harry, lekcje chemii ?
- Chemii ?
- Tak, to jeden z przedmiotów w mugolskiej szkole – wytłumaczył przyjacielowi.
Ron dziwnie się skrzywił i zaczął węszyć.
- Ale to nie jest lód – sprostował George. – Po prostu nie jest to już taka woda jaką znamy…
- A propos wody… - wtrącił rudzielec. – Fred, śmierdzisz…
Bezpośrednia uwaga Gryfona rozśmieszyła wszystkich obecnych w pokoju. Fred, aby zachować wesoły nastrój podniósł ramię i powąchał swoją pachę.
- Jak myślisz, George ? Serio śmierdzi ?
Bliźniak nachylił się i wciągnął powietrze nosem.
- Ooo… Stary… Ale odlot – i zasymulował zawroty głowy. – Może przydałaby się nam kąpiel…
- Razem ?! Chyba śnisz ! – roześmiał się Fred.
- Idę teraz pod prysznic – oświadczył George. – Potem będziemy mogli świętować.
- Możecie skorzystać z prysznica dla dziewcząt – wtrącił Harry. – Ale zachowujcie się odpowiednio. Nie ruszajcie szamponów dziewczyn i nie wkładajcie ich bielizny. Tylko transwestytów nam tu jeszcze brakuje.
Kolejny atak śmiechu. Pierwsza opanowała się Hermiona.
- I jak znajdziesz jakiś stanik to go nie wąchaj !
- Tak śmierdzą ?
- Nie… Mógłbyś się uzależnić od perfum – roześmiała się Parvati.
- Pryskacie staniki perfumami ? – zdziwił się Harry.
- A wy, jak się wypsikacie cali to jest dobrze ? My przynajmniej mamy delikatne i subtelne zapachy – odparła Granger.
- Dobra, dobra, bo jeszcze popadniemy w śmierdzącą depresję – zakończył Fred.
- Ja pierwszy ! – krzyknął George i wpadł do łazienki, od razu barykadując się od środka.
- Eche…
- A skąd weźmie ręcznik ? – zastanowił się Ron.
- Są dwa czyste w szafie na górze. Harry, jesteś najbliżej, możesz ?
- Jasne – wstał z krzesła i podszedł do szafy. – Te ?
- Tak.
Rzucił oba Fredowi i wrócił na miejsce.
Po chwili dało się słyszeć krzyk z łazienki:
- Hej ! Macie jakiś ręcznik ?!
__________________________________________________
1 Superclot - (ang.) Super skrzep
***
Fortyfoot House
Godzina 15
58
- Wszyscy naokoło są przekonani, że w Fortyfoot House straszy. Zaczynam nawet wierzyć w to ja sama, chociaż nigdy w życiu nie wierzyłam w takie rzeczy.
- Mary, daj mi przynajmniej spróbować.
Pokręciła desperacko głową.
- Nie myślisz chyba poważnie, że ten twój pastor może tutaj coś pomóc ?
- Ma zamiar przyjść do nas dzisiaj wieczorem i zobaczyć, co jest nie w porządku, to wszystko. Może nie uda mu się nic zrobić. Może to nie ma nic wspólnego z Kościołem, Szatanem i podobnymi rzeczami. Ale jeśli jest choćby najmniejsza szansa, że potrafi przywrócić temu miejscu spokój, to moim zdaniem warto spróbować. Dla kogoś, kto zna się na duchach, problem może być absolutnie banalny. Możliwe, że trzeba tylko odmówić kilka odpowiednich modlitw.
- To przydałoby się raczej twojemu małżeństwu – stwierdziła Mary ze swoją raniącą niczym cierń zdolnością do zmiany tematu.
Zupełnie go zaskoczyła.
- Mojemu małżeństwu ? – zapytał. – Co ma z tym wspólnego moje małżeństwo ?
- Wszystko i nic. Być może nie ma wiele wspólnego z Fortyfoot House, ale za to bardzo dużo z tobą i ze mną.
- Jeśli mam być całkiem szczery – odparł – nie wiem, czy można mówić o czymś takim jak „ty i ja”.
- Czyżbym spała z jednym z nawiedzających ten dom duchów ? Na pewno istniała szansa, żeby można było mówić o czymś takim jak „ty i ja”. I wciąż istnieje. Ale ty nigdy nie możesz się zdecydować. Nie możesz się zdecydować, czy zostać, czy wyjechać z Fortyfoot House. Wyjeżdżamy, zostajemy, wyjeżdżamy, zostajemy, zupełnie jak w tej piosence Jimmy’ego Durante. Nie możesz się zdecydować, czy wziąć, czy nie brać rozwodu z Janie. Nie możesz się zdecydować, czy masz ochotę się ze mną kochać. Tak się boisz podjąć złą decyzję, że nie podejmujesz żadnej. Na litość boską, zdecyduj się w końcu na coś, Blaise…
- Przepraszam – powiedział.
- Nie przepraszaj ! – parsknęła. – Nie chcę, żebyś mnie przepraszał. Chcę, żebyś zebrał do kupy swoje życie, niezależnie od tego, czy masz to zamiar zrobić ze mną, czy z kim innym. Nie będziesz mógł nawiązać żadnych stosunków z kobietą, jeśli nie odmówisz odpowiednich modlitw nad swoim przyszłym małżeństwem z Janie. Musisz się z nią rozwieść, Blaise, a potem musisz odłożyć jej teczkę ad acta i zapomnieć o niej. I nawet wtedy będziesz jeszcze przez długie lata usychać prawdopodobnie z tęsknoty. Spójrz na to z mojego punktu widzenia. Nie pochlebia mi wcale chodzenie do łóżka z mężczyzną, który próbuje udawać, że jestem jego byłą żoną, i robi się całkiem miękki, kiedy mu się to nie udaje.
Stał w miejscu, zasłaniając dłonią usta, niczym zakrywający pół twarzy pod swoją czarną maską Upiór w operze. Miała oczywiście rację. Przynajmniej w trzech czwartych. Nie był czuły i oddany nie tylko z powodu Janie; swój udział miał tu także Fortyfoot House. Ale w gruncie rzeczy na przeszkodzie stała przede wszystkim Vivian. Wciąż boleśnie wspominał przeżyte z nią chwile i wciąż czuł gorzką i wściekłą zazdrość o Jacka Valka. Zazdrość jest o wiele gorsza od przywiązania. Przywiązanie słabnie z czasem i z tykaniem zegarów; słabnie z każdym wstającym i mijającym dniem. Ale zazdrość powinna zostać natychmiast i od razu wypalona rozżarzonym do czerwoności pogrzebaczem – niczym rana od pocisku w westernie z Johnem Wayne. Skwierczenie mięsa, krzyk bólu i po wszystkim.
- Przepraszam – powtórzył. A potem zdając sobie sprawę, że Mary nie chce, żeby ją przepraszał, przeprosił ją za to, że przeprasza.
Podeszła do niego blisko, zagłębiła palce we włosach z tyłu jego głowy i pocałowała go. Była bardzo mała, o wiele mniejsza od Janie, bardziej od niej jasna i miękka, „i gdyby tylko, przemknęło mi przez głowę, mój Boże, gdyby tylko…”
Przycisnęła twarz do jego ramienia, a on mocno ją przytulił.
- Może wyjdziemy do ogrodu ? – zapytała cicho.
Zabini skinął głową na znak zgody.
- Ochłodziło się trochę. Lepiej weź jakiś sweter.
- Jakaś cząstka troski jednak w tobie pozostała.
- Jakaś cząstka… - powtórzył bezbarwnie.
Przeszli przez taras i przystanęli na wzgórzu, u którego podnóża stało kilka sklepików. Dziewczyna nadal trzym
Corny
brak www
data: 28/06/2009 14:09:55
082139040172.radom.vectranet.pl
IP: 82.139.40.172
|
Cześć. Masz fajnego bloga. Wpadnij do mnie:
www.corny1990.blog.onet.pl
i skomentuj, jak możesz. Pozdrawiam. =)
|
Szablon by Pum@